Wielokulturowy Lublin

Agnieszka Gaponik
Gimnazjum nr 2 im. Komisji Edukacji
Narodowej w Lublinie
ul. Lwowska 11


 

Przez wiedzę do serca,
czyli moje refleksje po udziale w grze miejskiej
LUBLIN WIELU KULTUR 2010



Zawsze lubiłam wyróżniać się z tłumu. Gdy byłam młodsza, rówieśnicy tolerowali moją odmienność. Kiedy stałam się nastolatką, wszystko, co było we mnie nietypowe, stawało się przedmiotem kpin lub co najmniej zdziwienia. Często czułam się izolowana z naprawdę błahych powodów. Nie wiem, dlaczego młodzi ludzie tak bardzo lubią się do siebie upodabniać. W pewnym wieku liczy się po prostu akceptacja grupy, a nie własne zdanie, gust, czy poglądy. Niestety, niektórzy wcale nie wyrastają z takiej postawy. Niekiedy całe życie próbują jedynie się dostosować, przybrać barwy ochronne.

Nie znaczy to wcale, że mnie nie zależy na sympatii koleżanek i kolegów. Wręcz przeciwnie – często zastanawiałam się, co zrobić, by się do mnie przekonali. Okazywało się, że ci, którzy poznawali mnie lepiej, dowiadywali się, co jest dla mnie ważne, co lubię i tak dalej, szybko zmieniali swoją wrogą względem mnie postawę. Czasem wystarczyła krótka rozmowa... To, czego się nie zna, jest często postrzegane jako złe, głupie. Jeśli zadamy sobie odrobinę trudu i poznamy niewiadome, staje się ono czymś dobrym, oswojonym, a nawet dla nas ważnym.

Ostatnio miałam okazję przekonać się, że ten mechanizm można zaobserwować również w dużo szerszym wymiarze. Mam na myśli problem tolerancji wobec nieznanych nam kultur i religii. Uświadomił mi to udział w GRZE MIEJSKIEJ – LUBLIN WIELU KULTUR, w której miałam okazję uczestniczyć 26 i 27 maja tego roku.

Zasady gry były proste – w ciągu dwóch majowych dni chodziliśmy po mieście i odwiedzaliśmy różne punkty. W każdym z nich czekali na nas przedstawiciele innych wyznań i kultur. Cel był również jasny – mieliśmy zdobyć wiedzę na temat tego, co do tej pory wydawało się nam być może niezrozumiałe, dziwne. Słowem – mieliśmy dzięki zrozumieniu pozbyć się ewentualnych uprzedzeń. Oprócz tego zyskaliśmy niepowtarzalną wprost okazję, by zobaczyć nasze miasto w innym świetle.

Lublin... Do tej pory tylko wydawało mi się, że dobrze go znam...

Dzięki notatkom i kartom pracy, które skrupulatnie wypełniałam, mogłabym odtworzyć dokładną trasę całej tej kulturowej podróży. Zupełnie inna trasa pozostała jednak w mojej głowie. I sercu chyba też.

Kościół ewangelicko-augsburski pw. Świętej Trójcy mijałam dotąd nie raz. Nie przyszło mi jednak do głowy, by do niego wejść. Teraz stałam oniemiała. Przyzwyczajona do przepychu „naszych” świątyń, pełnych złoconych rzeźb, barwnych obrazów i świateł migocących przez witraże, nie mogłam długo oswoić się z pustką, którą tu zastałam. Na ścianach tylko dwa obrazy – na jednym widniała scena ukrzyżowania, na drugim zaś portret mężczyzny, który – jak nas poinformowano – był sponsorem. Z tyłu jeszcze tablice nagrobkowe osób, które były związane z tym miejscem. Stojąc w tak surowym wnętrzu, pomyślałam, że w rzeczywistości wyznawcy różnych religii niewiele się różnią. Jeśli zapomnieć o zewnętrznych formach wiary – swoistej otoczce – pozostaje to, co najważniejsze – wnętrze, uczucia, pragnienia... A one bywają podobne bez względu na to, czy jesteśmy w synagodze, meczecie, czy cerkwi.

Ale trafiliśmy też do miejsca dobrze mi znanego. Do domu Sióstr Białych na Sławinku przychodzę niemal co miesiąc. Odbywają się tu bowiem warsztaty, w których chętnie uczestniczę, gdyż Afryka to moja wielka pasja. Znajduje się tu wiele rzeczy, które zadziwiają mnie swoim pięknem i prostotą: stroje, instrumenty muzyczne, biżuteria, a nawet zabawki dzieci afrykańskich.

Mam nadzieję, że uczestnicy gry zrozumieli, tak jak ja zrozumiałam dzięki wizytom w tym niezwykłym miejscu, że ludzie o innym kolorze skóry to nie bohaterowie filmów, ale osoby z krwi i kości, które niejednokrotnie żyją obok nas i walczą na co dzień z naszą nietolerancją. Poza tym w czasach, gdy świat to jedna wielka wioska, warto zerwać z myśleniem, że potrzebujący to tylko ci, którzy mówią tym samym co my językiem.

O problemach integracji mowa była również podczas spotkania z kulturą czeczeńską. Obecność narodów kaukaskich na terenie naszego miasta to fakt, z którego niewielu zdaje sobie sprawę. Zdobyte informacje na temat ich kultury, religii oraz tzw. Kodeksu Czeczeńskiego sprawiły, że będę inaczej patrzyła na tych ludzi. Stali mi się zwyczajnie bliżsi, a nawet szczerze przejęłam się ich problemami dotyczącymi okazywanej im wrogości.

W Ośrodku Międzykulturowych Inicjatyw Twórczych „Rozdroża” przy Krakowskim Przedmieściu dowiedziałam się natomiast, na czym polega ceremonia sypania Mandali. Wywodzi się ona z tradycji tybetańskich, które są swoistym systemem nauk i praktyk. Mandala to graficzne przedstawienie oświeconego umysłu w postaci symboli. Do jej tworzenia używa się zabarwionego na przeróżne kolory pisaku. Sztuka łączy się z mistycyzmem. Ten zwyczaj zrobił na mnie ogromne wrażenie. Pomyślałam, że gdybyśmy byli w naszym życiu tak precyzyjni i cierpliwi, uniknęliśmy wielu błędów.

Do dziś pamiętam wyraźnie wiele miejsc, które miałam okazję zwiedzić dzięki uczestnictwu w grze miejskiej 2010. Słyszę również opowieści spotkanych ludzi. Mówili oni o swojej religii, kulturze w sposób pasjonujący. Bardzo chciałabym poznać bliżej wielu z nich, aby zadać im pytania, które dopiero teraz przychodzą mi do głowy. Na szczęście jednak życie w globalnej wiosce oznacza również nieograniczony dostęp do informacji. Obiecałam więc sobie, że był to dopiero wstęp do mojej przygody z wielokulturowym Lublinem. Również słowo tolerancja będzie kojarzyło mi się nie tylko ze światem nastolatków, ale z czymś o wiele ważniejszym